wtorek, 14 kwietnia 2015

Moje nauczanie - co mnie drażni a co kręci

Nim zacznę chciałabym zaznaczyć, że ten post nie jest poradnikiem jak uczyć, ani do miana takiego nie pretenduje. W końcu moje doświadczenie w nauczanie jest stosunkowo niewielkie i daleko mi do wielkich dydaktyków. Na całe szczęście daleko mi też do określenia siebie wielką, a dzień w którym pomyślę, że jestem wybitną nauczycielką, prawdopodobnie będzie początkiem mojego regresu, ponieważ uważam, że ci, którzy siebie uznają za wielkich, za mistrzów, popadają w samouwielbienie i zaprzestają rozwoju, a gdy tego zabraknie, zaczyna się proces cofania. W przypadku nauczania nie można stać w miejscu, a tym bardziej nie można dopuścić by zacząć się cofać w metodach nauczania oraz wiedzy. Nauczycielowi chyba nawet nie wypada by sam siebie nazywał wybitnym. Ocena naszej pracy w końcu w dużej mierze nie należy do nas, ale do uczniów, ale o tym napisałam nieco niżej. Pewnie nie każdy się ze mną zgodzi co zawartych w tym poście stwierdzeń, ale cóż, takie jest moje zdanie i tego się trzymam.

1. Najpierw zacznę od tego co robię zawsze na pierwszych zajęciach, czyli ustalaniu zasad zaliczenia zajęć. Pewnie studenci mają ochotę czasem mnie wysłać w kosmos za ilość testów, ale już na początku mówiłę, że robię je zawsze po przerobieniu określonej ilości materiału. Jeśli chodzi o gramatykę (tę uczę tylko na 1 roku), to test jest zawsze po 6 lekcjach z podręcznika, a z pisma po omówieniu 25 znaków. Są też testy ze słówek i te są robione zawsze z 2 lekcji z podręcznika. Drugi rok, który ma ze mną te testy, nie czuje się pewnie nimi przytłoczony, ale u pierwszaków takie "wstępniaki" (bo zawsze są na samym początku zajęć) wypadają co tydzień :P. Ta regularność i objętość testów ma na celu jedno - wyrobienie w studentach nawyku systematycznego uczenia. Nie wątpię, że są osoby, które bez bata nad głową, uczą się z lekcji na lekcje, ale innych trzeba nieco zagonić do nauki, tak by potem nie było płaczu i zgrzytania zębami w sesji.

Będąc na pierwszym roku studiów, bardzo mi brakowało częstego sprawdzania własnej wiedzy. Dlatego też obecnie uczę tak, jak ja chciałam być uczona.

Jeśli chodzi też o testy, to jak ktoś na taki test nie przyjdzie, to jest on oczywiście niezaliczony. I o ile każdy test z gramatyki trzeba poprawić w czasie trwania semestru, to z pisma nie ma od razu poprawek, a jedynie na sam koniec semestru, test zbiorczy z tego, czego się nie zaliczyło. Wiem doskonale, że gdybym pozwoliła od razu pisać poprawki z pisma, to mało kto przychodziłby mi na pierwszy termin kolokwium.

No i nic mnie tak nie wkurza jak właśnie brak jasnych zasad ze strony wykładowcy; brak zorganizowania sobie czasu w semestrze na kolejne testy, a potem paniczna próba nadrobienia 3-4 testów w ciągu miesiąca. Brak przygotowania do zajęć i wprowadzanie ogólnego zamętu.


2. Zdarzyło mi się już przeczytać w sieci, że na zajęciach z gramatyki, wszystkie przykłady użycia danych form gramatycznych, powinny być autorstwa native speakerów, bo tylko takie są autentyczne. Ok, większość przykładowych zdań jakie podaję, również biorę z różnych źródeł, ale same podręcznikowe przykłady są nudne. Czy to naprawdę taka zbrodnia, jeśli niektóre słowa się pozmienia, by przykład był ciekawszy, a tym samym, łatwiejszy dla studentów do zapamiętania? 
Np. 
W moich przykładzie pan Miler, zamiast być kiepski w gotowaniu, jest kiepski w podrywaniu. Czyimś hobby zamiast zbierania znaczków jest zbieranie puszek lub mycie jeżyków!
Serio, nikomu nie stanie się krzywda jak zanotuje sobie również takie przykłady :).
Podobnie jest z przykładowymi zdaniami w materiach do pisma. Tam też, zabawne zdania nikomu nie zaszkodzą.

3. Tu przechodzimy do kolejnego zagadnienia, czyli humoru. Wspomniane wyżej przykłady, są na pewno jakimś elementem humorystycznym, który nieco rozładowuje napiętą atmosferę, związaną z koniecznością zrozumienia i zapamiętania nowej formy gramatycznej. Kto mnie zna, ten wie, że nie potrafię być ponurakiem i gdybym musiała wytrzymać z poważną miną przez kilka godzin w pracy, to pewnie z frustracji pocięłabym się gąbką. Również studenci na moich zajęciach nieraz sobie zażartują i wtedy od razu robi się miła atmosfera dla obu stron. Czasem rozluźniają się za bardzo i niektóre grupy muszę uciszać w trakcie zajęć, ale na szczęście nie każdy jest turbo gadatliwy ;). No i studenci wiedzą, że na zajęciach może być wesoło, ale swoje trzeba zrobić i jeśli chodzi o terminy oddawania pracy, czy testy z danej partii materiału, to nie ma zmiłuj. Dyscyplina musi być :D.
Jednak, jeśli jakiś wykładowca ma jakoś niespecjalne poczucie humoru, to lepiej by nie silił się na żarty. W takim wypadku nie wiadomo, czy śmiać się z dowcipu czy z wykładowcy. Wiadomo, że czasem każdemu zdarzy się dowalić suchara, ale zajęcia, to nie Familiada, by tylko takie żarciki leciały ^^.


4. Kolejną istotną sprawą jest niewiedza. Nauczyciel to nie chodząca encyklopedia czy słownik. Zdarzy mu się czegoś nie wiedzieć. Ja czasem też czegoś nie wiem i nie silę się na ściemę, tylko mówię wprost: "nie wiem, ale mogę sprawdzić". Natomiast znam takich wykładowców, co za cholerę nie przyznają się do niewiedzy. Wolą ściemniać, kombinować, albo udają, że nie słyszeli pytania, a jak student sprawdzi i wyjdzie, że ktoś tu ściemnia, to autorytet idzie w pizdu, a to już nie tak łatwo odbudować. 


5. Z autorytetem (lub jego brakiem) łączy się ocena wykładowcy przez studentów. Jakiś czas temu dotarło do mnie info (które niedawno powtórnie pojawiło się w sieci), że student nie ma wręcz prawa oceniać wykładowcy, bo 'jest osobą niekompetentną do takiej czynności' (lol). Tylko inny metodyk zna się na metodologii i najnowszych trendach w nauczaniu i tylko on może ocenić kolegę po fachu (lol2). No jak to przeczytałam, to nie wiedziałam czy się śmiać czy płakać. Przepraszam, ale to studenci przede wszystkim obcują z metodami nauczania danego wykładowcy i na tej podstawie mogą (tak, nie są na tyle głupi, by nie zauważyć co się dzieje) powiedzieć, czy dany sposób prowadzenia zajęć przez wykładowcę do nich przemawia, czy czują, że jest to dla nich strata czasu, bo i tak o wiele więcej są w stanie się sami dowiedzieć z książek. Przykładem takiego kiepskiego wykładu, może być referowanie przez wykładowcę swojej książki i nic poza tym. No skoro tak, to po co chodzić na wykład, skoro tak czy siak trzeba przeczytać tę książkę, a na zajęciach nie będzie nic ponadto? Podobnie źle wyglądać mogą lektoraty z języka. Gdy byłam na 1 roku studiów, to z jedną lektorką (native speakerem) mieliśmy mieć zajęcia z konwersacji, ale zamiast rozmowy, co zajęcia sprawdzaliśmy swoje zadania domowe i gdyby to były wypracowania, to może jeszcze miałoby to sens, ale to były ksera z ćwiczeniówki! Co lepsze, ta ćwiczeniówka miała na końcu klucz odpowiedzi! Co wyniosłam z tych zajęć? GÓWNO! I gdyby w tym momencie, podszedł do mnie taki wykładowca z hasłem, że jestem za głupia by zrozumieć metodologię mojej lektorki, to przywaliłabym mu w zęby. 
Jasne, ocena lektora przez innego metodyka jest na bardzo przydatna, ale nie uważam, że jest to jedyna słuszna forma oceny.
Moi najlepsi nauczyciele na studiach, z pewnością (w większości) kompletnie nie zali jakie są 'najnowsze trendy w nauczaniu' (to też hasło z tego samego źródła co info powyżej), a mimo to potrafili rewelacyjnie przekazać wiedzę. Ja również nie wiem jakie nazwy mają dane metody, którymi uczę, ale czy to czyni mnie gorszą lektorką? 
Faktem jest, że czasem studenci oceniają kogoś gorzej, tylko dlatego, że go nie lubią, a nie ze względu na to, jak prowadzi zajęcia. Akurat przy ocenie wykładowcy (np. w ankietach uczelnianych), powinno się brać pod uwagę istotne rzeczy, takie jak: sposób prowadzenia zajęć; przygotowanie do zajęć; rozplanowanie semestru; sposób traktowania studentów przez prowadzącego zajęcia (wzajemny szacunek to podstawa). 


6. Cenię sobie szczerość i potrafię powiedzieć komuś wprost, że mi przykro z powodu czyjegoś zachowania, albo że jestem z kogoś dumna. Jeśli ktoś dobrze zrobi zadanie albo odpowie na moje pytanie, no to logiczne, że pochwała się należy, a jak ktoś bardzo się wykaże na teście, to zawsze dostaje ode mnie jakiś bonus w postaci rysunku obok oceny ;). Zauważyłam też, że studenci w stosunku do mnie są dość otwarci i mówią wprost co im nie pasuje lub się podoba, również w moich zajęciach. W końcu dobra krytyka nie jest zła :D i dzięki niej można udoskonalić zajęcia. Rok temu usłyszałam na zajęciach z pisma, że są one nudne. Ok, przyjęłam do wiadomości, ale szkoda, że wątek nie został pociągnięty i nie dowiedziałam się, co dokładnie jest nudne i jaki jest pomysł na uatrakcyjnienie tych zajęć, bo tak to jestem trochę w kropce. Też nie każde pomysły jestem w stanie zrealizować, ale też od razu tłumaczę dlaczego czegoś nie mogę zrobić.


7. I chyba to ostatnia rzecz, którą warto wspomnieć, czyli pomoc. Niby mam dyżury na uczelni, ale wiadomo, że w danym czasie jednej grupie pasuje, a innej nie i ciężko ustalić dyżur tak, by wszystkim pasowało. Dlatego też nie widzę problemu, by studenci kontaktowali się ze mną poza zajęciami poprzez mail lub na FB. Nie raz dostawałam pytania, czy dane zdanie jest dobrze, albo jak coś zapisać po japońsku. Ba, zdarza mi się też dostać w prywatnej wiadomości link do ciekawego artykułu, albo filmik z alpakami XD. Wiadomo, że czasem akurat w danym momencie mogę nie mieć czasu, ale zawsze staram się pomóc jak tylko mam wolna chwilę.

Pewnie w natłoku myśli zapomniałam o jakiejś kwestii, ale to najwyżej uzupełni się w komentarzach :D.
Mam nadzieję, że ten długaśny wywód nikogo nie zanudził na śmierć ^^.


15 komentarzy:

  1. Pozwolę sobie skomentować punktami, żeby Pani miała taki ładny, czytelny "feedback" :D Uprzedzam, że był długi tekst to będzie i długi komentarz.

    1. Testy. O jeżu, jakie one są upierdliwe! A te wypracowania to już w ogóle! I to praktycznie co tydzień zawsze jakiś się trafia -.-" (tak, 1. rok). Jednocześnie można Panią za nie kochać i nienawidzić - bo działają, trzeba przysiąść i się nauczyć, efekt osiągnięty, nawet taka leniwa ja czuję, że dużo łatwiej mi przychodzi używanie japońskiego, kiedy co chwila go ćwiczę. Skuteczności nie można Pani odmówić :)

    2. Gupie przykłady. One są naprawdę super i poza byciem śmiesznymi mają jeszcze inną zaletę - często trafią się całkiem przydatne słówka, które się nawet dobrze zapamiętują (dzięki absurdalności niektórych przykładów), a których ucząc się tylko z Minny nie nauczylibyśmy się za pierdyliard lat.

    3. Humor. Świetną sprawą jest to, że nie stwarza Pani na siłę takiego dystansu wykładowca-student. Zajęcia są wtedy naprawdę dużo przyjemniejsze, jak wykładowca nie patrzy na nas z miną pt. "zajś te żałosne niewyedukowane stworzenia mi tu przylazły i siedzo".

    4. Niewiedza. Jak ktoś ma na tyle (za przeproszeniem) kija w dupie, że nie jest w stanie powiedzieć zwyczajnie "nie wiem" to zazwyczaj autorytet nie idzie w pizdu, bo nawet nigdy takowy nie istniał. A w takiej sytuacji każde wymigiwanie się od odpowiedzi albo przyznania do niewiedzy to kolejne "-100" do (braku) autorytetu.

    5. Przecież sprawdzanie zadania domowego przez całe zajęcia to jest STAROŻYTNA metoda nauczania, jedyna i najlepsza, nie wiedziała Pani? (if you know who I mean xD).
    A tak poważnie... Trendy-srendy, nauczanie nie ma być "modne", ma być skuteczne - tak jak z ciuchami: można nosić wzorzaste kiecki, bo są modne, ale jak się w nich wygląda grubo to raczej bycie "modnym" wtedy nic nie daje :P Nie trzeba być super zajebistym metodykiem, żeby być dobrym wykładowcą, wystarczy myśleć, i słuchać "feedbacku" studentów, a nie tylko ignorować i obrażać się na każdą sugestię jak niektórzy.

    6. Te obrazki są bardzo motywujące, przynajmniej dla mnie xD Staram się zawsze napisać jak najlepiej z myślą "a może mi się trafi jaki Alpak czy cuś" :D
    Jeśli chodzi o zajęcia z kanji... No tak, one są nudne, nie da się ukryć, choć i tak jest całkiem zabawnie jak wymyślamy teorie spiskowe na temat starych zapisów znaków (kompletnie nieprzydatne moim zdaniem, ale fajne jako ciekawostka i humorystyczny przerywnik, żeby nie zwariować). Myślę, że nie za bardzo ma Pani możliwość to jakkolwiek jeszcze uatrakcyjnić, bo chyba się zwyczajnie nie da - te materiały, które nam Pani daje są naprawdę spoko, mają wszystko co trzeba, ale gdyby Pani miała z nami tylko gramę i przesyłałaby nam Pani te materiały, mówiąc "za 2 tygodnie test" to efekt byłby ten sam, wydaje mi się, że te zajęcia z pisma to taki trochę sztuczny twór, żeby nie powiedzieć niepotrzebny. Ale wiemy dobrze, że zajęcia muszą być i wobec tego naprawdę uważam, że są okay.

    7. Za tę pomoc studenci Panią najbardziej kochają! Nie krępujemy się podejść i zapytać, jeśli czegoś nie zrozumieliśmy i mimo, że często zachowuje się Pani względem nas bardziej jak koleżanka z roku niż nauczycielka, to mamy do Pani szacunek i to chyba jest najlepsza miara sukcesu :) Można by powiedzieć, że "nie zapomniał wół, jak cielęciem był" - szkoda, że tak mało wykładowców stara się patrzeć na swój przedmiot z perspektywy studenta, chociaż sami kiedyś studiowali... Ja nie wiem, czy takie się traci wraz ze stażem nauczania...?

    Straasznie się rozpisałam, tyle feedbacku :o Jakby się Pani chciała pociąć gąbką w trakcie czytania tego komentarza to proszę pamiętać, żeby ją dobrze namoczyć - bo mokra gąbka to podstawowe przygotowanie do zajęć xD !

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za cudowny feedback :D!
      Tak, wiem. Moje testy to powiedzmy... trudna miłość :D.
      Co do zajęć z kanji, to wiem, że szału nie robią i coraz bardziej zastanawiam się nad rozwiązaniem, które wprowadziłam na wieczorowych, tj. grupa dostaje plik z kolejnym materiałem i termin testu, a na zajęciach robimy czytanki i ćwiczenia. Wieczorowi akurat mają mniej zajęć i nie mają normalnie przydzielonych godzin na ćwiczenia inne niż konwersacje, więc tu wprowadziłam coś takiego by dodatkowo wspomóc przyswajanie materiału. Na dziennych po prostu mogły by to być wyłącznie zajęcia przeznaczone na czytanki, a na zwykłych ćwiczeniach weszłoby więcej słuchawek, mówienia (choć to nie konwersacje) i zwykłych ćwiczeń, które musiałabym wyszukać z innych źródeł niż nasz główny podręcznik. Muszę grupie przedstawić pomysł i poczekać na Wasz feedback XD.

      Usuń
  2. Studiuję na pierwszym roku i zgodzę się co do punktu drugiego. Na gramatyce, przy wprowadzaniu nowych form gramatycznych, wykładowca karmi nas zdaniami typu "Pan Nowak jest bogaczem. Na pewno kradnie!"... i jakoś tak łatwiej zapamiętać konstrukcje na przykładach napisanych z przymrużeniem oka. ;)
    Co do zajęć z pisma - mam wrażenie, że na każdej uczelni są bolączką. U nas prowadzi je Japonka i wygląda to tak - piszemy dany znak kilka razy w zeszycie, po czym osoba, która napisała go najładniej (?) pisze go na tablicy (to chyba coś na zasadzie - "i ty możesz ładnie go zapisać" :P). Następnie przechodzimy do czytania materiałów - tłumaczone jest złożenie, czytane zdanie ze złożeniem, przerabiamy w ten sposób wszystkie przewidziane złożenia i... przechodzimy do następnego znaku. Losowo zapowiadane są "mini-testo" z różnego zakresu znaków (5-25), które nie mają wpływu na ocenę końcową... Czasem zajęcia są urozmaicane ćwiczeniem-uzupełnianką (zwykle bazujemy na Basic Kanji), oglądaniem dramy (日本人の知らない日本語), raz zdarzyło się zagrać w Kanji-Bingo (rysujemy planszę 5x5 kwadratów, każdy z powstałych 25 kwadratów wypełniamy ulubionymi znakami, po czym każdy student po kolei chodzi do tablicy i pisze jeden znak występujący w jego tabeli. Osoba, która pierwsza osiągnie 5 skreśleń w poziomie lub pionie otrzymuje nagrodę - u nas była to pyszna matcha). Jedynym stałym urozmaiceniem jest chyba bariera językowa, bo nasza Japonka naprawdę niezbyt mówi po polsku i wynika z tego sporo zabawnych sytuacji. ;)
    Ps. Przepraszam, że z Anonimowego, ale nie mam bloga.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za komentarz :). Ja na zajęciach z pisma głównie skupiam się na czytaniu, więc nie zmuszam studentów do chodzenia do tablicy i zapisywania znaku. Z tym Bingo to całkiem fajny pomysł, bo nieco urozmaica zajęcia :). Gdy ja byłam na studiach, to ani zabaw, ani urozmaiceń z kanji nie było, ale i tak jakoś źle tych zajęć nie wspominam :).

      Usuń
  3. Co prawda nie jestem na japonistyce, czy też innym filologicznym kierunku, aczkolwiek uważam, że także mogę się wypowiedzieć co nieco.

    1. Testy... ludzie zawsze będą na nie narzekać, tylko po to, by na koniec semestru powiedzieć "na dobrze nam to wyszło, mniej do nauki na egzamin, bo się uczyliśmy na bieżąco". Tak było w mojej grupie, a inna grupa miała problem z nauczeniem się, bo... mieli tylko jedno kolokwium... Dobrze jest robić testy czy wejściówki często, ale też nie za często, chociaż w przypadku Pani przedmiotów ciężko jest nie robić za często wejściówek. Są po prostu potrzebne i nie jest to nic złego.

    2. Oj z tymi przykładami to lipa. Jak to mówiła moja germanistka w LO "Ludzi łatwiej nauczyć czegoś, co potencjalnie jest nieprzydatne w życiu niż standardowego: "Wie heißt du?" i niestety to prawda. Śmieszne przykłady są dużo lepsze niż sztywne przykłady.

    3. Humor... temat rzeka. Miałam świetnego nauczyciela od matematyki dyskretnej. Ile myśmy się tam ośmiali u niego... na prawdę prze sympatyczny człowiek. Dość, że można było z nim porozmawiać na naprawdę interesujące tematy, to jeszcze nas dużo nauczył [ok, kogo nauczył, to nauczył xD ale nikt nikomu młotkiem wiedzy do głowy nie będzie wbijał]. Dzięki humorowi jego zajęcia nie wydawały się tak groźne i straszne jak mogły by być.

    4. Niewiedza. Hmm... może lepiej to pominąć? Ponieważ jak sobie pomyślę, że w tym tygodniu będę miała zajęcia z jednym takim magistrem, to... nie, lepiej to pominę.

    5. Jeżeli nie uczeń/student ma oceniać pracę wykładowcy, to kto? Ktoś, kto nigdy na danych zajęciach u danej osoby nie był? A ile będzie warta taka ocena? Raczej nic. Nie da się ocenić kogoś, z kim się nie miało styczności. To tak, jakby jakiś metodyk, który nie zna Pani metod nauczania chciał Panią ocenić. Bez sensu jak dla mnie. To czy ocena danego studenta jest słuszna czy nie, to już inna para kaloszy, lecz tylko student zna dobrze metody nauczania danego wykładowcy i tylko on może się w miarę rzetelnie wyrazić o danej osobie. Co do negatywnych ocen, to muszę przyznać, że one także się z kosmosu nie biorą. Miałam kiedyś zajęcia z pewnym magistrem. Nie powiem, bo dość, że u tej osoby brakowało elementarnej wiedzy z zakresu, którego nas uczył, to jeszcze nie lubił z jakiegoś dziwnego powodu dziewczyn, więc żebym miała w indeksie 4,0 to musiałam niemalże na głowie stanąć [a wiedze miałam na tą ocenę, wszak za ładne oczy z zerówki 4,0 nie dostałam od profesora, z którym miałam wykłady z tego samego przedmiotu]. Potrafił przychodzić nieprzygotowany do zajęć, spóźniał się niemalże cały czas i bardzo źle nas traktował, szczególnie dziewczyny, więc jak dostaliśmy ankietę, gdzie mieliśmy się o nim wypowiedzieć, to ocena była... nie powiem, ale oczywista. Podobno ten człowiek już u nas nie pracuje.

    6. Często zdarza nam się mieć aż za szczerych prowadzących :D i ten tekst "wymagam od państwa grupy więcej, niż od grupy 01 i 03" - bezcenne! :D Przynajmniej wiemy na czym stoimy. My też czasami mówimy, że prosimy o przerobienie z nami danego materiału jeszcze raz, tylko żeby inaczej wyjaśnić te zagadnienia, bo nie zrozumieliśmy. I bardzo często po prostu jest materiał ponownie wałkowany tylko innym językiem. Nie raz łatwiejszym, by więcej osób zrozumiało o co właściwie chodzi.

    I proszę się nie pociąć gąbką. Nie ma takiej potrzeby.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za rozbudowany komentarz :).
      Co do oceniania przez innego metodyka, to na uczelniach jest coś takiego jak wizytacja, czyli przychodzi inny wykładowca (zwykle o wyższym stopniu naukowym), siada w kąciku i słucha jak się prowadzi lekcję. Na koniec mówi co jest ok, a co do poprawy. Fajnie, tylko, że też ciężko o miarodajną ocenę na podstawie 1 zajęć. Studenci jednak spędzają z danym wykładowcą dużo więcej godzin.

      O! I o spóźnieniach mi się przypomniało XD. Nie cierpię się spóźniać i w miarę możliwości wybierałam zawsze taki dojazd, by mieć nieco czasu w zapasie na wypadek, bo autobusy notorycznie mi się spóźniały (lub co gorsza nie przyjeżdżały). Na szczęście ju z od jakiegoś 1,5 miesiąca jestem niezależna od busów :D.

      Usuń
    2. Nie ma za co :)
      Jeszcze nie zdarzyło mi się uświadczyć wizytacji, a studiuję już III rok...
      I rzeczywiście, ocena na podstawie jednych zajęć, to... żadna ocena. A przynajmniej nic nie wnosi.

      Kłopot w tym, że ten prowadzący był wcześniej na uczelni ale...

      Usuń
    3. Ja przez całe studia też nie widziałam wizytacji na którychkolwiek zajęciach i przez niemal 3 lata pracy nie miałam wizytacji, ale koleżanki miały, więc wiem, że jest prowadzona.

      Usuń
  4. I taki powinien być nauczyciel. Bardzo bym chciała żeby mnie Pani uczyła :) Niestety mam nieco innych nauczycieli...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miło to słyszeć :). Też niestety na swojej drodze poznałam różnych nauczycieli, ale jak się znalazło już takiego fajnego, to dopiero była radość z zajęć :D

      Usuń
  5. Bardzo fajny wpis, podpisuję się pod wszystkim obiema rękami ^^
    Swoją drogą, miaam zajęcia które nic nie wnosiły, były pełne sucharów, i z których podczas roku była jedna kartkówka (trudno to nawet testem nazwać), której po dziś dzień nie ujrzałam na oczy (a pisałam ją w 2011 bodajże :D).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale ocena jest, więc to się liczy :D
      Mnie chyba nigdy nic takiego się nie zdarzyło, żebym tak długo czekała na poprawę kartkówki ^^.

      Usuń
    2. Oceny chyba też nigdy nie poznałam :P Ech, muszę jakoś żyć bez tego ;)

      Usuń
  6. Czytając Twój wpis przypomniała mi się scena z filmu "Job, czyli ostatnia szara komórka", gdzie protagonista brał korepetycje z angielskiego. Link do fragmentu
    https://www.youtube.com/watch?v=AKOh5rsjQ2I
    I zaraz po tym przyszedł do głowy pomysł: To może na "konwersacjach" odgrywać scenki z polskich filmów po japońsku? Kontekst znany to i łatwiej będzie ułożyć dialogi :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pomysł fajny, ale na dobrą sprawę znowu sprowadzało by się to głównie do tłumaczenia (i to nie łatwego), a nie swobodnego mówienia. Dlatego fragmenty filmów/seriali zostawiłabym raczej na osobne zajęcia z tłumaczeń, które są na 3 roku. Też niektórych scen kultowych nie będzie się dało wprost przetłumaczyć, bo tam gdzie pojawia się dużo przekleństw, albo typowy dla Polski kontekst kulturowy, to wraca, wspomniana w poście, chęć pocięcia się gąbką.

      Usuń