sobota, 21 lutego 2015

motywator-edukator? (brzmi jak nazwa filmu SF klasy Z)

Dzisiejszy post będzie zbiorem moich przemyśleń, więc jak ktoś spodziewał się informacji z zajęć i nie chce tracić czasu na czytanie co siedzi w mojej głowie, to z czystym sumieniem może kliknąć w [X] w prawym, górnym rogu ekranu :).
A gdyby jednak ktoś się zdecydował na kontynuację czytania, to zapraszam do lektury :). 
Trafiłam dzisiaj na pewien artykuł ze strony Woofla (dokładnie ten), a w nim na cytat, który oryginalnie pochodzi z tego artykułu:
„Languages cannot be taught, they can only be learnt. The best way is to tell students right away that they are responsible for their own learning process, and the teacher is just a guide who has to motivate them.”
 I tak czytam sobie raz, drugi, słowa owej pani autorki i czuję wewnętrzny zgrzyt. Z jednej strony owa pani ma rację, jeśli uczeń nie poświęci swojego czasu na naukę języka poza zajęciami, jak nie przysiądzie na tyłku w domu nad notatkami/tekstami/filmami/ćwiczeniami/komiksami w oryginale (każdy kontakt z językiem jest dobry), to za daleko nie zajdzie. Z drugiej strony, nie można zwalać całej roboty na ucznia, a nauczycielowi pozostawić jedynie rolę motywatora. Jasne, moim zdaniem nauczyciel powinien być przewodnikiem, pokazywać studentowi drogę jak zacząć, wyjaśnić zawiłości gramatyki, powiedzieć na co uważać, gdzie czyhają pułapki i pomóc mu się z nimi uporać. W pewnym sensie powinien też motywować ucznia, choćby poprzez zarażenie pasją do języka, a chyba każdy z nas miał w życiu do czynienia z nauczycielami, którzy nawet o bardzo ciekawych rzeczach, mówili tak zniechęcająco, że dany przedmiot/język nam zbrzydł. Niemniej nie mogę się zgodzić, z twierdzeniem, że tylko nauczyciel odpowiada za motywację. Jeśli uczeń nie będzie miał wewnętrznej motywacji by poświęcać samodzielnie swój cenny czas na naukę, to z tej nauki nic nie będzie. 
Każdy z nas miał znienawidzony przedmiot w szkole, którego za cholerę nie szło się nauczyć na więcej niż "ujdzie/zdałem". Dla mnie były to wszelkie przedmioty ścisłe, gdzie jedyną motywacją do nauki było zdanie do następnej klasy/na następny rok. Jakaś motywacja to jest, ale niestety słaba i jeśli ktoś ma tylko taką przy nauce danego języka, to też niewiele zdziała. Każdy sam musi sobie odpowiedzieć na pytanie "po kiego grzyba zabrałem się za ten język", a gdy odpowiedź już się wyklaruje, to należy robić wszystko co możliwe, by osiągnąć obrany cel. 
Czasem będą jakieś potknięcia, wahania ("co ja robię tuu uu uuu"), frustracje, ale ważne by się nie załamywać. Dobrze jest mieć zapał do nauki, ale ważne by robić wszystko z umiarem i sensownie, aby ten zapał nie okazał się słomiany. W takich wypadkach uważam, że dobrze by było, by właśnie nauczyciel umiejętnie podsycił tę wewnętrzną motywację ucznia, swoim zapałem do nauczania/zainteresowaniem przedmiotem, pomocą w trudnych chwilach. Oczywiście by to zagrało, potrzebna jest też dobra komunikacja na linii uczeń - nauczyciel, bo niestety nikt nikomu nie potrafi czytać w myślach, a domyślanie się zwykle nie kończy się tak jak oczekuje osoba rzucająca hasło "domyśl się". Uczeń też nie może się bać podejść do nauczyciela i powiedzieć, że ma z czymś problem. No ale to już zależy od nauczyciela, czy zgrywa rolę 'wszechwiedzącego pana i władcy ocen w dzienniku', czy jednak jest człowiekiem ^^. 

Podsumowując, czy nauczyciel powinien być przewodnikiem dla ucznia? Odp: tak.
Czy powinien go motywować do nauki? Odp. tak.
Czy motywacja powinna wychodzić tylko i wyłącznie od nauczyciela? Odp. nie.

Na koniec zachęcam do zapoznania się z artykułami, do których linki zostały podane na początku tego wywodu.
Mam nadzieję, że nie przynudzałam, a swoimi przemyśleniami możecie się oczywiście dzielić w komentarzach ;)

14 komentarzy:

  1. Ciekawie, że został poruszony tutaj właśnie ten problem. Od dłuższego czasu wchodzę na wymienioną wyżej stronę i czasem zgadzam się z autorami tekstów, a czasem nie. Każdy ma swoje zdanie i podejście do nauki języków. Jedni wolą naukę w zaciszu swojego własnego pokoju, a inni wolą w głośnej, rozgadanej grupie. Jednak, odwołując się do powyższego, zgadzam się bardziej z tym co tutaj prezentujesz. Jeśli wybieramy drogę nauki, na której będzie nam pomagał nauczyciel, to uważam że jednak powinien być niejako mentorem, osobą która nie tylko pomaga, ale też motywuje. Przecież sam uczył się kiedyś danego języka, też w jakiś sposób zaczynał, miał zainteresowania z tym związane, więc dlaczego by nie spróbować przelać tego na ucznia?
    Pamiętam jak miałam niemiecki w szkole. Żadne próby wewnętrznej motywacji nie pomogły, gdy nauczyciel po prostu pomylił zawody i nie powinien brać się za nauczanie innych osób. Z drugiej strony, gdy miałam na studiach staroislandzki, spotkałam tak cudowną kobietę, która nie tyle co dodatkowo motywowała mnie do nauki, co sprawiała, że pochłaniałam momentalnie język, chociaż jest naprawdę trudny. To świadczy o tym, jak wiele potrafi zrobić nauczyciel. Podobną historię miałam z językiem japońskim, chodzenie na kurs, na początku, przynosiło wyraźne efekty, ale pomimo również świetnej nauczycielki, program szkoły był po prostu straszny. Dopiero po wyrwaniu się z tego i stworzeniu własnej grupy cała nauka zaczęła być przyjemna, jak na samym początku.
    Jednak w tym wszystkim potrzebna jest własna, wewnętrzna i silna motywacja. W niczym nie pomoże dobry nauczyciel, jeśli sami nie wiemy czy chcemy nauczyć się danego języka. Jeśli idziemy na studia filologiczne tylko po papierek, albo by móc wpisać do CV kolejny język. Oczywiście to też jest jakaś forma motywacji, ale jeśli już wybieramy taką drogę, to warto byłoby poszukać kolejnych źródeł motywacji, poznać całą otoczkę danego języka.
    Poza tym są momenty w nauce języka, opisywane często na powyższej stronie, gdy dochodzimy do momentu w którym nie wiemy ile już umiemy i czy robimy jakiekolwiek postępy. W takich momentach dobry nauczyciel okazuje się być skarbem.
    To wszystko jednak tak naprawdę zależy od człowieka. ;) Jeśli nauczyciel dobrze porozumiewa się z uczniem to łatwiej jest poprosić o pomoc, niż jeśli tego 'połączenia' po prostu nie ma.
    Przepraszam, że tak rozpisałam się! Jednak ten post wręcz zmusił mnie do próby dyskusji na ten temat ;).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aj, zapomniałam się podpisać. ;)
      ~Terhena

      Usuń
    2. Po formie wypowiedzi domyśliłam się od kogo jest ten komentarz ;). Cieszę się, że mamy podobne spostrzeżenia co do nauki i nauczania :).

      Usuń
  2. Czyli nawet całkowicie anonimowa nie mogłabym już być.. :( Jednak już chyba jestem stałym czytelnikiem. Niesamowicie pewnie podbijam licznik wejść na tę stronę ^^.
    Co do nauki i nauczania, nie powinnam z jednej strony wypowiadać się może w zbyt śmiały sposób, bo nie jestem nauczycielem. Jedynie dawałam korepetycje z angielskiego.
    Jednak dobrych nauczycieli można naprawdę na długo zapamiętać ;). Myślę, że każdy znajdzie u siebie taki przykład.
    ~Terhena

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niestety nikt nie jest całkowicie anonimowy w sieci ;). Np. moje dane personalne niektórzy rozgryźli na długo przed pojawieniem się poradnika z podanym imieniem i nazwiskiem ;).
      Myślę, że o nauce i nauczaniu właśnie sporo mogą powiedzieć uczniowie, którzy spotykają na swej drodze wielu nauczycieli i wiele metodologii. Gdy już się przechodzi na tę drugą stronę (z pozycji ucznia na nauczyciela), to czasem własne ambicje czy wyobrażenie jak się chce być odbieranym, mogą przesłonić prawdziwy obraz jaką osobą faktycznie się jest i jak inni nas postrzegają. Narzuca się uczniom swój ulubiony sposób nauczania negując inne, a przecież do każdego będą przemawiać inne metody, inne ćwiczenia. I właśnie dobry nauczyciel powinien akceptować tę inność jeśli przynosi pożądane efekty :).

      Usuń
    2. No nie, a myślałam, że uda mi się ;D. Ah, czytałam ten poradnik. Bardzo ciekawy projekt i mnóstwo nowych, a czasem poszerzonych o nowe rzeczy, metod można było wyszukać. Jeśli ktoś z taką skutecznością znalazł imię i nazwisko to już jest sława. ;)
      Znowu przepraszam, nie jestem dzisiaj w formie na komentowanie.. zamiast w 'odpowiedzi' napisać, to stworzyłam oddzielny komentarz powyżej. Co za szary dzień..
      I znowu muszę się z tym zgodzić! ;) Zdecydowanie najwięcej w tym wypadku mogą powiedzieć uczniowie. Jednak nie zawsze nauczyciele to widzą.. Już nie mówiąc o tym czy chcą to zobaczyć. Największym problemem, są sposoby nauki. Szczególnie jeśli stykamy się z językiem obcym, gdzie naprawdę sposobów/metod jest mnóstwo. Jeśli by się uprzeć to co uczeń to inna metoda w danej klasie. Oczywiście wyolbrzymiam teraz. Ale tutaj tkwi właśnie klucz całego problemu, że każdy uczeń potrzebuje w pewnym sensie indywidualnego podejścia. To jest chyba właśnie najtrudniejsze w pracy nauczyciela, czy jednak mylę się?
      ~Terhena

      Usuń
    3. A czy to zbrodnia pisać w nowym komentarzu ;)?
      Tak, indywidualne podejście w licznej grupie jest niestety niemożliwe, bo nauczyciel się przecież nagle nie rozdwoi. Przy pracy z 1 uczniem, cała uwaga jest skupiona tylko na tej 1 osobie, ale prowadząc zajęcia w grupie (i nie mówimy o 4-6 osobach), to niestety, choćby się bardzo chciało, to indywidualne podejście pozostaje jedynie mrzonką.
      Smutne, ale takie są uroki pracy w sporych grupach (takich minimum kilkunastoosobowych), a zwykle na studiach czy w szkołach są nawet jeszcze bardziej liczne.

      Usuń
    4. Oczywiście, że nie ;).
      Z tej racji najbardziej ceniłam sobie prywatne zajęcia z nauczycielem. Zawsze wynosiłam z nich dużo więcej niż ze szkoły, bądź jakiekolwiek innego grupowego kursu. Jednak zwracając uwagę na to ile środków pieniężnych trzeba na to przeznaczyć...dochodzimy w końcu do tego mniej wygodnego rozwiązania.
      Praca z grupą do 6 osób nie jest chyba taka zła? W tym wypadku można jeszcze podzielić uwagę na poszczególne osoby i tak modyfikować zajęcia by były korzystne dla każdej z nich. Oczywiście to nie oznacza, że będzie idealnie. Bo przecież w grupie na uczelni liczącej przynajmniej 13 osób zajęcia są po prostu mało produktywne. To przykre, no ale taka jest prawda.. Szczególnie jeśli chodzi o naukę języka.
      ~Terhena

      Usuń
    5. Praca w grupie 6-8 osób jest okej, ale z taką miałam okazję pracować wyłącznie na kursach w szkołach językowych. Obecnie uczę w dużo większych grupach, a jutro mam zajęcia w grupie-kolosie. Nie wiem jak to ogarnę by z każdym daną formę przećwiczyć i przy okazji zapanować nad resztą, by nie przeszkadzali.

      Usuń
    6. Studia to już inna bajka, chociaż przyznam że czasem i tam przydałyby się jednak mniejsze grupy.
      Aż tak duża grupa będzie? To naprawdę trudniejsze zadanie.. Myślę, że jednak masz doświadczenie, więc może studenci nie przejmą zajęć ;). Trzeba ich po prostu zainteresować i może spróbować wymusić na nich jakąś inwencję twórczą. Własne przykłady itp. W końcu nie oni mają władze :D.
      ~Terhena

      Usuń
    7. I wielkość i czas jaki z nimi mam jest dużym obciążeniem dla obu stron, więc o ile przez pierwsze zajęcia pewnie będą skupieni, tak na kolejnych może im już zacząć odwalać. Mam z nimi dzisiaj 7h zegarowych pod rząd, a grupa liczy podobno około 50 osób, bo niepotrzebnie połączono 2 mniejsze. Wiem, że wielu wykładowcom, którzy mają z nimi zajęcia-lektoraty, zależy na tym aby to odkręcić i z powrotem podzielić na 2.

      Usuń
    8. Jestem ciekawa jak było na tych zajęciach. W końcu 7h i tyle osób to musiało być niezłym wyzwaniem.. Nie wiem gdzie miałabym o to spytać, więc już napiszę tutaj ;).
      ~Terhena

      Usuń
    9. Było ciężko, ale całkiem możliwe, ze to sytuacja przejściowa. Zajęcia z wyjaśnień gramatyki przebiegły całkiem sprawnie, ale już ćwiczenia gorzej, bo nim przepytam każdego, to już ci co byli zaczęli się nudzić i gadać. Podobnie na kanji, gdzie każdy musi czytać zdania z nowymi złożeniami. Tu też niektórzy już nie wyrabiali i się rozgadali, a ja musiałam ich uciszać.

      Usuń
    10. Oj to faktycznie było nieciekawie, ale zajęcia udało się przeprowadzić, więc to też sukces. Mam jednak nadzieję, że rozbiją tak wielką grupę, bo w takim wypadku wszyscy na tym tracą..
      ~ Terhena

      Usuń